Welcome to the zone!

To były pierwsze słowa naszego przewodnika, przesympatycznego gaduły, zaraz po przejechaniu pierwszego punktu kontrolnego w Dityatki, tzw.:  check point. Trzydziestokilometrowa strefa wykluczenia wokół terenów, które najbardziej ucierpiały podczas katastrofy w Czarnobylu.

Jest początek lutego, spadł śnieg, kilka stopni poniżej zera, ale temperatura nie jest dokuczliwa. Najważniejsze, że nie pada. Drogi wyznaczają dwie ciemne wstążki na szarym śniegu. Od dłuższego czasu nie mijamy żadnego samochodu. Mam mieszane uczucia. Chciałam tu być a teraz jakoś mi nieswojo. Wokół pustka i cisza a droga przed nami na wskroś prosta. Ciekawe, u nas drogi wiją się jak węże a tutaj prosto kilometrami.

Po przejechaniu kilku kilometrów i usłyszeniu kilku suchych faktów, po obu stronach wyrastają domy a właściwie to ściany domów majaczą między drzewami. Natura zaadoptowała już każdy skrawek wyludnionej przestrzeni.

Pierwszy przystanek jest w wiosce Zalesie. Przewodnik uprzedza nas, że w strefie panuje wścieklizna. Wylicza, czego nam nie wolno. Podpisujemy zobowiązania i możemy ruszać.

W śniegu po kostki jest wydreptana ścieżka, wzdłuż drzew, która prowadzi nas do furtki. Furtki już dawno nie ma a płot chyli się ku upadkowi.  Wszystkie domostwa wyglądają tak samo. Powybijane okna, spróchniałe podłogi, łuszcząca się farba na ścianach, porozrzucane rzeczy, papiery. Gdzieniegdzie, jakby nigdy nic stoi na stole kubek, pusta paczka papierosów, czy zawieszone na wieszakach rzeczy, czekają na właścicieli.

Wracając wchodzimy do sklepu. W suficie dziury i gołe ściany. Na podłodze bałagan. Walają się jakieś zardzewiałe sprzęty. Wszystko, co miało jakąś wartość, dawno już wynieśli szabrownicy.

Gdy doszło do przegrzania reaktora oraz rozprzestrzenienia się substancji promieniotwórczych, chodziłam do szkoły podstawowej, niewiele pamiętam. Pamiętam, że słowo Czarnobyl paraliżowało strachem dorosłych. My dzieciaki niewiele rozumieliśmy. Jakaś groźna chmura, której nie było widać. Dopiero dużo później zaczęłam się interesować całym TYM Czarnobylem, ale odwiedzenie strefy nie było jeszcze w sferze moich ‚must see’. Tak na dobre wiedziałam, że muszę tu przyjechać kilka lat temu. Chciałam zobaczyć na własne oczy, zrozumieć.

Teraz gdy patrzę, oglądam i  czuję pewien dyskomfort. Chodzimy po tych domach, robimy zdjęcia a przecież każdy z tych domów to niespisana, ale prawdziwa ludzka tragedia. Płacz, rozstania a może nawet śmierć.

W ciszy wracamy do busa i jedziemy do Czarnobyla.

Mówi się o katastrofie w Czarnobylu, ale tak naprawdę miasto oddalone jest od elektrowni około 18 km. Decyzję o wybudowaniu elektrowni oraz miasteczka dla pracowników i ich rodzin, podjęto w latach 60-tych.  Czarnobyl był wówczas centrum administracyjnym regionu. Uruchomienie pierwszego zespołu przewidywano na rok 1975. Atomowe miasto – Prypeć zostało założono 4 lutego 1970 roku. W mieście wszystko pachniało nowością. To było modelowe miasto, zaplanowane w taki sposób, aby mieszkańcom żyło się komfortowo.  Żyło się … zaledwie 16 lat.

Przy tablicy obowiązkowy postój, na pamiątkowe zdjęcie. Jak powiedział nasz przewodnik, to przystanek absolutnie ‘must have’.  Jak inaczej pokażesz znajomym, na FB, że byłeś w Czarnobylu?

Czarnobyl dzisiaj to ok. 2500 tymczasowych mieszkańców: pracowników strefy, pracowników elektrowni i, naukowców, przewodników. Całe życie skupia się wokół głównych ulic miasta. Na ulicach panuje pustka i cisza. Jeśli już widzę ludzi na ulicy, to oni jakby mi tam nie pasowali. W budynkach, obok okien z firankami, powybijane szyby. Jak wyjeżdżamy wieczorem, ludzi widać więcej. Wracali do swoich mieszkań. Z busa widać światła, obok tych pustostanów. Smutne i przerażające.  Pomyślałam wtedy, że za nic w świecie nie chciałabym tam mieszkać.

W Czarnobylu, w pierwszej kolejności, zatrzymujemy się obok pomnika i muzeum, w którym kiedyś działało kino. Wielki Anioł od razu ściąga wzrok. Anioł zagłady a może czuwa nad wyludnionymi wsiami i miasteczkami? Może nad ludźmi, których dotknęła tragedia? Dopiero później dostrzegam aleję z tablicami upamiętniającą wszystkie wyludnione miasteczka i wsie, w strefie.

Kolejny przystanek przy pomniku strażaków – „ tym, którzy ratowali świat”. Bezapelacyjnie są bohaterami. Pomnik ufundowały rodziny ofiar.

W głowie utkwiła mi scena z filmu, który oglądaliśmy podczas jazdy do strefy, a słowa wyryły się w pamięci,  „ktoś musiał to zrobić, ja byłem na służbie”…

Ostatni przystanek jest przy parku zautomatyzowanych maszyn, które wykorzystywane były do oczyszczania wokół reaktora, w centrum napromieniowania. Obwody zdalnie sterownych urządzeń nie wytrzymywały poziomu napromieniowania. Nasz przewodnik wyciągnął dozymetr i trzymał chwilę rękę wyciągniętą w ich stronę. Promieniowanie rosło w zastraszającym tempie.

Wsiadamy do busa i kręcimy się jeszcze po ulicach Czarnobyla. Potem jedziemy na lunch. Kelnerka wita nas z uśmiechem, jak wszędzie. Zupa jest trochę za zimna, jak zawsze. Kawa, jak można się spodziewać lurowata, a jednak Czarnobyl  jest inny.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *