Serbia – w stronę Nowego Sadu

Pierwszy raz zdecydowaliśmy się nie wyjeżdżać w nocy, a wyspać się jak ludzie i wyjechać rano. Moim zdaniem to o wiele lepsze niż zarwana nocka w samochodzie i tysiące km do przejechania. Nie wiem, może to kwestia wieku a może praca eksploruje nas za bardzo. Takie czasy.

Winieta na autostradę czeską wykupiona na stacji przed granicą. Pisałam o tym tutaj
Po przejechaniu serbskiej granicy, w autostradzie więcej dziur, mniej samochodów a za oknem zielone dywany bezkresnych pól.

Jest sobota po południu. Do Nowego Sadu dojeżdżamy późnym popołudniem, a właściwie wczesnym wieczorem, ale trasa nas nie wytarmosiła, jak na poprzednich wyjazdach. Nie musimy odsypiać nieprzespanej nocy. Pewnie i dojechalibyśmy do Belgradu, ale ja nie chciałam spać w stolicy.


Parking przy hotelu wygląda jak osiedlowy, na szczęście znajdujemy wolne miejsce, akurat ktoś wyjeżdża. Meldujemy się, krótka toaleta i idziemy na miasto, coś zjeść. Co ciekawe paszporty musieliśmy zostawić w recepcji. Wiem, że w Serbii istnieje tzw. obowiązek meldunkowy, ale tylko tutaj zostawiamy dokumenty.
Po drodze wymieniamy euro na dinary.  Nie mam zdjęć wieczornych, nie wiem co ja sobie myślałam 😉

Nowy Sad to drugie co do wielkości miasto Serbii i największe okręgu Wojwodina. Położone nad Dunajem.
Docieramy na stare miasto, ładne stare miasto. Pogoda dopisuje, ulice tętnią życiem. W knajpkach wszędzie siedzą ludzie. W końcu udaje nam się znaleźć miejsce w pizzerii. Wiem, co powiecie … trzeba było iść na burka 😉 Zamawiamy pizzę i piwo o wdzięcznej nazwie-Jelen. Tak nam mija pierwszy dzień w podróży.


Wracamy do hotelu. W sali na dole, w najlepsze trwa wesele. Mam nadzieję, do śniadania się „wyrobią”. To jednak nie przeszkadza nam zasnąć, po trudach podróży.

Następnego dnia rano budzimy się dosyć późno. Po weselu nie ma ani słychu, ani widu. Jemy śniadanie i wymeldowujemy się z hotelu. Samochód zostawiamy na parkingu. Obieramy kurs – Stari Grad.

Tak na marginesie. Nie wiem, czego się spodziewałam, ale na pewno nie tego, co zobaczyłam. Zadbane miasteczko niczym nieodstające od innych w Europie. Żadnych starych samochodów, czy wozów zaprzęgniętych w osiołki. Żadnych popadających w ruinę kamienic. Żadnego brudu. Ot miasto jak wiele innych, które widziałam. Rynek, kolorowe kamieniczki, parasolki.

Główny deptak Nowego Sadu
Pierwsza inszość to stare, biało-niebieskie autobusy . Właśnie na naszych oczach, jeden taki wypluł za sobą ogromną chmurę czarnego dymu. Eco to nie było, Współczuję kierowcy za nim.

Druga to starszkowie, sprzedający owoce i warzywa, z tzw. straganu.
Za te służyły jakieś prowizoryczne konstrukcje, gdzieś pod większym marketem, bądź na skrzyżowaniu główniejszych ulic. W pamięci utkwiły mi truskawki. Były takie czerwone i takie wielkie.

Rozpoczynamy od Placu Wolności. Głównego placu miasta. Przy nim znajduje się Ratusz oraz rzymsko-katolicki Kościół NMP. Strzelista wieża ma 72 m wysokości.

Ruszamy dalej, głównym deptakiem Nowego Sadu, by dotrzeć do Pałacu Biskupa (prawosławnego) i Cerkiew Św. Jerzego.

 

W tej uliczce jest pizzeria, w której wczoraj jedliśmy.

Pokręciliśmy się tam trochę i przyszła pora na największą atrakcję Nowego Sadu. Twierdzę Petrovaradin.
Im dalej od starego miasta tym jest bardziej … socjalistycznie. Szeroka ulica, odrapane i wysokie budynki, chodnik niekompletny.

Po jakiś 20-25 min marszu na horyzoncie ukazuje się ona. Potężna, rozległa i górująca nad miastem twierdza.

Przechodzimy most. Żar leje się z nieba. Lewa strona kusi, ale jesteśmy twardzi. Tak na poważnie. Szkoda, że nie mieliśmy tyle czasu, ażeby spenetrować też uliczki pod warownią.

Jak to zawsze z twierdzami bywa, trzeba je zdobyć. Tym razem nie było źle. Schodów jest umiarkowanie. Wchodzimy.

Dziś Twierdza to przede wszystkim ośrodek kulturalny. Z początkiem lipca twierdzę opanowuje młodzież. Odbywa się tam jeden z największych festiwali muzycznych EXIT. My niestety jesteśmy miesiąc wcześniej.

Wieża zegarowa to dobre miejsce widokowe. Zegar tej wieży nazywany jest pijanym. Wskazówki minut i godzin są zamienione.

Ze wzgórza rozpościerają się przepiękne widoki.  Na Nowy Sad i na Dunaj.

Pomimo, że dwie wojny oszczędziły Nowy Sad , to podczas bombardowań NATO,  zostały zniszczone trzy mosty na Dunaju.

Moim zdaniem Nowy Sad to miasteczko warte odwiedzenia.  Starówka nie jest za duża, ale kilka godzin minie, nie wiadomo kiedy. Nowy Sad jest nazywany serbskimi Atenami, twierdza natomiast Gibraltarem Dunaju. Może coś w tym jest 🙂

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *