W rozkroku, czyli trochę Armenii, trochę Gruzji (niepraktycznie)

Tydzień to zdecydowanie za krótko, aby poznać oba kraje. Tak właśnie stałam w rozkroku, planując ten wyjazd, po zakupie biletów i nie mogłam się zdecydować. Podczas tego wyjazdu usłyszałam od Polaka spotkanego w Gruzji, że Armenia to nie jest dosyć oczywisty kierunek. Nie wiem, czy jest oczywisty, czy też nie. Ja bardzo chciałam zobaczyć Erywań. Już sama nazwa miasta była dla mnie niebanalna. Gruzja była tak na doczepkę, bo powrót z Tblisi był tańszy. Oczywiście chciałam zobaczyć Gruzję, ale ona nie była wcale wysoko na mojej liście „must see”. Koniec końcem podzieliłam wyjazd na pół, zarezerwowałam tak hotele i zapomniałam o biletach na kolejne miesiące.

Dopiero kilka tygodni przed zaczęłam się wczytywać  w oba kraje. Jak to zwykle bywa, im więcej czytałam i oglądałam, tym oczy mi się robiły większe 🙂 Postanowiłam nic nie zmieniać i „liznąć” oba kraje. Jak będzie apetyt na więcej to wrócić. Dzisiaj mogę powiedzieć, że było zbyt intensywnie, niesamowicie ciekawie, bardzo bezpiecznie i na pewno chcę wrócić do obu.

Nie wiem, czy jest jakiś inny wariat tłukłby się 3h w jedną stronę i 3h z powrotem marszrutką, bez klimy, w 40-stopniowy upał, żeby zobaczyć wizytówkę Gruzji. Nie wiem, co przeciętny Polak wie o Armenii. Chyba tak jak ja, że stolicą jest Erywań, leżący u stóp Araratu. Nie wiem, czy gdyby mi ktoś powiedział, że stolice obu państw żyją nocą, bym uwierzyła. Sklepy pootwierane późno po zmroku. Mnóstwo ludzi na ulicach. Spacerowaliśmy i tutaj, i tutaj i nigdy nie było żadnych nieprzyjemnych sytuacji.

Plan był następujący:

Przylot do Erywania,

Pierwszy dzień – Erywań,

Drugi dzień – zorganizowana wycieczka, którą mieliśmy odbyć z  One Way Tour. Specjalnie pofatygowaliśmy się do biura. Niby wycieczkę mieliśmy zaklepaną a jednak nie pojechaliśmy. Na szybko organizowaliśmy sobie transport.

Trzeci dzień – transfer z Erywania do Tbilisi,

Czwarty dzień – Kazbegi,

Piąty dzień – Tbilisi,

Wylot z Tbilisi.

Dojazd z lotniska w Erywaniu jest bezproblemowy, ale trzeba być mocno asertywnym. My lądujemy przed północą. Najpierw miotamy się na lotnisku , chcąc wypłacić pieniążki. Podchodzi do nas kilku taksiarzy, oferując transfer. Zbywamy ich. Bankomat przyjmuje tylko karty Visa a ja mam Mastercard. Szukamy kantoru. Cale szczęście mamy dolary, które nam zostały z poprzedniego wyjazdu. Taksiarze nie odpuszczają. Po wymianie idziemy na przystanek busa. Zaraz po wyjściu z hali odlotów, na lewo, jest przystanek busa – Express. W nocy jeździ co godzinę, o pełnej godzinie. W dzień co 30 min. Oczywiście wszyscy chcą nam wmówić, że bus nie przyjedzie. Przyjechał 🙂 Przejazd 300 AMD (1000 AMD to w przybliżeniu 8 zł).

W Tbilisi na lotnisko jeździ autobus 37 lub 137 (w nocy). Przystanki są oznaczone. Bilet „nabiliśmy” na kartę metromoney. Kartę, która jest potrzebna do podróży transportem publicznym po stolicy. Koszt to 2 gel ( 1 gel to w przybliżeniu 1,50 zł). Jedna krata może być używana na dwie osoby.

Po obu stolicach poruszaliśmy się sporo piechotą, sporadycznie metrem. Przed wyjazdem ściągnęłam sobie aplikację Yerevan Public Transport, ale z niej ani razu nie skorzystałam. Na dworzec, ostatniego dnia wzięliśmy taxi. Nie chciało nam się z plecakami tłuc się w tym upale. Kosztowała 600 AMD. W Tbilisi mieszkaliśmy przy stacji metra, ale tylko skorzystaliśmy z niej, jak chcieliśmy dostać się na dworzec.

Wi-fi wystarczyło nam hotelowe, ale można kupić kartę sim na lotnisku w Erywaniu. Ceny jakieś wygórowane nie są. Na lotniskach w Gruzji kartę dostaje się gratis.

O ile w hotelu czy restauracjach można porozumieć się po angielsku, to wszędzie indziej tylko po rosyjsku.

Jedzenie to chyba najmocniejszy punkt tego wyjazdu. Nie szczędziliśmy na to pieniędzy. Zarówno w Armenii, jak i Gruzji. Pysznie, smacznie, po prostu oczy by jeszcze jadły, a żołądek już pękał w szwach. Mnie przypadły do gustu chinkali, czyli gruzińskie pierożki. Nie udało mi się natomiast spróbować chaczapuri, nad czym ubolewam.

Gdybym miała jeszcze raz możliwość zaplanowania tego wyjazdu, co bym zrobiła inaczej? Zarezerwowała dłuższy pobyt 😀 A tak serio. Po pierwsze nie pojechałabym w lipcu 😀 40 st. to zdecydowanie nie jest pogoda na zwiedzanie. Po drugie, porzuciłabym zwiedzanie Erywania, który jest po prostu nieciekawy. Wypożyczyłabym samochód i objechała wszystko, co jest w pobliżu. Kazbegi to też był szalony pomysł. Wróciliśmy mega zmęczeni. Być może znaczenie miało to, że dzień wcześniej jechaliśmy 6 h z Erywania do Tbilisi. Poszukałabym atrakcji bliżej, a tych nie brakuje 🙂

Jakie są moje wrażenia po tym wyjeździe? Oczywiście moje, subiektywne 🙂 Po tym, co dane było mi zobaczyć. Erywań ociosany, szary, po prostu brzydki. Być może to nie jest miłość od pierwszego wejrzenia 😉 Im dalej od Erywania, tym ciekawiej. Ludzie pomocni, ale z dystansem. Stolica Gruzji klimatyczna. Stare miasto wygląda tak, jakby się czas tam zatrzymał. Ludzie bardziej pomocni i gadatliwi. Gruzja się zmienia i na pewno nie jest już tak tanio, jak to kiedyś pisano.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *