Jest takie miejsce na ziemi, gdzie natura jest tak doskonała, że olśniewa swoim pięknem. Podróżowanie drogami wijącymi się pośród strzelistych gór, które odbijają się w krystalicznej czystej wodzie, jak w lustrze, jest na porządku dziennym. Jak wzrokiem sięgnąć, dzika i nieograniczona przestrzeń. Niestety pogoda jest dosyć nieprzewidywalna, gra według własnych zasad, ale to nie ujmuje mu uroku. Myślę, że tego nie odda żadne zrobione tam zdjęcie. Może się mylę …
Nie wiem, czy już kiedyś pisałam. Mam takie swoje „szufladki” a w nich różne moje „kiedyś”. Czasami sobie w nie patrzę, przypominam sobie i znów zamykam.
Tam schowane były m.in. Lofoty. Nie to, że nie chciałam na te fiordy ale wiadomo jaka tam kapryśna pogoda i w dodatku drogo.
Ostatnim razem, gdy byliśmy w tamtych rejonach, na rejsie, w ogóle nie mieliśmy szczęścia … do pogody.
Jak już nie będę wiedziała gdzie polecieć, to pomyślę. Tak sobie (w)mówiłam.
I kiedy znów je odłożyłam, te Lofoty, żeby nie kusiły, to wyskoczyły mi loty do Evenes i wywlekły je na wierzch. I jakie one były natrętne. Jak komar w nocy. Okay, fine! Nie było już ważne, że lot znowu o 6, przesiadka 50 min, tylko kiedy i na ile?
Nawet M jakoś tak to wszystko przyjął ze spokojem.
Zaraz po zakupie biletów (na końcówkę sierpnia, bo wcześniej nie pozwalały zobowiązania rodzinne), zaczęłam planować noclegi. W sumie 6. Ceny były … zaskakujące albo ja słaba jestem w szukaniu okazji. Pewnie to drugie. Nie, nie wcale mi nie przyszło na myśl żeby zwrócić bilety 😉 Sezon trwa od czerwca do sierpnia.
Wiedziałam, że chcę z trzy noce gdzieś w okolicach Reine i na pewno nocleg w Henningsvaer. Reszta wyszła po drodze.
Przed wyjazdem wyczytałam, że Reine jest małe i bardzo turystyczne. To zadziałało na mnie odstraszająco. Poszukałam noclegu gdzie indziej (Hamnøy). M mówi, że jak wszyscy pójdą w prawo, to ja w lewo. Tak mam.
Przed wyjazdem M stwierdził, żeby zamienić tą pierwszą nockę (Lødingen) z ostatnią (Svolvaer). Będzie bliżej do lotniska. Jest kierowcą więc nie marudzę, dopłacam. Już te 2,5 stówki, przy tych wszystkich kosztach aż takiej różnicy nie zrobią.
Dzisiaj pojechałabym na sam koniec Reine/Å i wracała.
Dzień przed jedziemy do Wrocławia. Śpimy przy lotnisku. Nowy hotel wybudowali a nie mieliśmy jeszcze okazji tam spać. Przetestujemy.
Samochód parkujemy na parkingu lotniskowym. Dla nas naturalny ciąg zdarzeń jeśli lot jest o godzinie „nieporozumienie”.
M się śmieje, że jeszcze nie wylecieliśmy a już jesteśmy kilka stówek lżejsi.
Z tego „U”śmiechu niewiele nam zostało. Po pierwszym obiedzie w Svolvaer zgodnie ustalamy, że tego wyjazdu podliczać nie będziemy. Jednak nie mam wyrzutów sumienia. Tą zupę rybną będę długo pamiętać, była warta każdych pieniędzy. Czy to łagodna, czy na ostro.
Fakt faktem, że tą zupą byśmy się najedli i bez sensu zamówiliśmy drugie danie, którego nie dojedliśmy. Później się wycwaniliśmy. Zamawialiśmy albo dwie zupy i jedno danie, albo jedną zupę i dwa dania.
Auto wypożyczamy w AVISie. Toyota Yaris Cross, automat. Miała przejechane 39 tys .km. Wynajem kosztował nas 1638 zł. Tankowaliśmy w sumie dwa razy (421 i 313 NOK). Ceny wszędzie były takie same ale przy lotnisku było drożej. Może to zbieg okoliczności.
Przejechaliśmy ok.900 km ale dużo się kręciliśmy bez sensu.
Przed wyjazdem, jak mam w zwyczaju, stworzyłam mapę, co chcemy zobaczyć. Na moje nieszczęście, oglądając zdjęcia, nic nie wydawało się przereklamowane. Na nic to jednak się zdało, bo pogoda pokazała nam środkowy palec. Oglądając IG wiem, że zdarza się, że tam nie pada. Ba, nawet świeci słońce. Albo Ci co przepowiadają prognozy w ogóle się na tym nie znają, albo coś w naszym przypadku poszło ewidentnie nie tak. Nie wiem, może powinniśmy robić coś odwrotnie. Jechać tam gdzie pokazuje deszcz. Ewidentnie nie trafiliśmy.
Nie wiem, może PH do ładnych miejscówek mamy wpisane w DNA.
Pod koniec sierpnia widno jest tak do 22 potem robi się szarówka i ciemno. Białe noce trwają od końca maja do połowy lipca.
Leave A Reply