Amatorzy dzikiej natury i pieszych wędrówek powinni rozważyć ten kierunek. Małe wioski rybackie na tle strzelistych gór. Surowe krajobrazy po horyzont. Plaże z białym piaskiem i turkusową wodą. Myślę, że żadne zdjęcie nie odda tego piękna, spokoju i tej ciszy. Piękno i cisza, słowa klucz.
Z lotniska jedziemy do Svolvaer, największego miasta archipelagu. Często jest określane jako brama Lofotów.
W rzeczywistości jest to tętniące życiem miasteczko portowe, malowniczo usytuowane. Zamieszkuje je ok. 5 tys. osób.
Z lotniska mamy 160 km. Droga jest malownicza ale pełna robót drogowych więc trochę nam zeszło (3h).
Śpimy w hotelu Marina Hotel Lofoten. Trochę na uboczu. Parking mamy pod hotelem, bezpłatny.
Po kawie i krótkim oddechu idziemy na rekonesans. My właściwie szukamy obiado-kolacji. Idziemy do polecanej restauracji Bacalao.
Jak skończyliśmy obiad, to się rozpadało. Pokręciliśmy się jeszcze trochę po nabrzeżu i wracamy do hotelu. Jesteśmy zmęczeni.
Swego czasu oglądaliśmy z M jakiś program w TV, w którym statek (wycieczkowiec), wpływał do Trollfjord. Z Svolvaer można tam popłynąć mniejszą jednostką. Rejs trwa ok.4h. Zastanawialiśmy się nad nim cały wieczór, chociaż kosztował „milion monet”. Jednak pogoda nam nie sprzyjała. Nie tym razem.
Dzień 2
Następnego dnia rano, przed wyjazdem na drugi nocleg do Henningsvaer. pojechaliśmy do supermarketu Rema 1000 i zrobiliśmy zakupy na kolejne dni. Znajdziecie tu też aptekę.
Rørvikastranda to pierwsza plaża, na którą trafiliśmy na Lofotach w drodze na drugi nocleg. W tle surowe krajobrazy a na plaży biały, drobny piasek i krystalicznie czysta, turkusowa woda. Podoba się!
Sam dojazd do miasteczka jest tak malowniczy, że już można się posikać. Wąska droga wije się przy morzu z jednej strony a strzelistymi górami z drugiej strony.
Nie mam zdjęć, bo za bardzo nie ma gdzie się zatrzymać.
Z Svolvaer jest na tyle blisko, że byliśmy tam koło południa. Najpierw pojechaliśmy w okolice CornerView apartment Henningsvær i tam zaparkowaliśmy. Wcześniej był parking ale tam się nie zatrzymaliśmy.
Tak naprawdę, to miałam zaznaczony punkt jeszcze przed parkingiem ale tam nic nie było (wróciliśmy tam na nogach). Nie zrobiłam notatek i nie za bardzo wiedziałam, co chciałam zobaczyć. Przeszliśmy się w okolicy, zrobiliśmy zdjęcia i się rozpadało.
Skoro tu pada, to jedźmy poszukać tej dobrej pogody. Dojazd do Henningsvaer był tak urokliwy, że nikt nie miał nic przeciwko.
Haukland Beach
Jedna z najbardziej znanych i odwiedzanych plaż na Lofotach. Nazywana perłą archipelagu i wielokrotnie wybierana jako najładniejsza. Otoczona górami. Biały piasek i turkusowa woda. Już podczas dojazdu napotykamy korki. Przy plaży wielki parking jak nigdzie indziej. Parking do 20 min, bezpłatny i z tego korzystamy. Pełna infrastruktura i udogodnienia. Kawiarnia, toalety i monitoring. Z plaży można wyruszyć szlakami na pobliskie szczyty.
Uttakleiv Beach
Znajduje się tuż obok Haukland Beach. Zaraz po wyjeździe z poprzedniej plaży, samochody parkują wzdłuż ulicy. My też. Na samą plażę nie pojechaliśmy.
Wysokie klify, ogromne głazy i potężne fale. Podobno plaża Uttakleiv to fantastyczne miejsce do obserwacji zorzy polarnej dzięki minimalnemu zanieczyszczeniu światłem.
Po drodze przejeżdżamy przez Vilan, M chce polatać dronem a ja idę na zwiady.
Wieczorem uskuteczniamy spacer po Henningsvaer. Nie ma takich tłumów jak do południa.
Miasteczko czy raczej wioska rybacka znajduje się na kilku małych wyspach połączonych ze stałym lądem mostami.
Po krótkiej „wycieczce” znaleźliśmy TO boisko.
Wracamy do naszego hotelu.
Dzień 3
Jeszcze poprzedniego dnia pisze do mnie hotel, że tunel Nappstraumtunnelen między Lekness a Napp jest w remoncie i przejazd jest wahadłowy, w określonych godzinach. Nie wiemy, jak to będzie się dokładnie odbywać. Ustalamy, że rano zjemy śniadanie i gnamy w tamtą stronę, żeby o 12 przejechać tunel. Mamy 1,5 h jazdy wg nawigacji.
Szczegóły: https://www.vegvesen.no/trafikk/hvaskjer
Byliśmy 20 minut przed południem i nie wiem, czy nie jednym z ostatnich aut, jakie przepuścili.
Odbijamy na Nusfjord. Malutką wioskę otoczoną górami. Jedną z najlepiej zachowanych tradycyjnych wiosek rybackich. To chyba tutaj najbardziej można poczuć klimat Lofotów. Wioska muzeum. Wstęp 150 kr. Spacer nie jest długi ale może byliśmy w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie. Pogoda była jak zawsze. Co zrobisz, jak nic nie zrobisz.
W drodze na nasz noastępny nocleg w Hamnøy zatrzymujemy się na Skagsanden Beach .
Plaża jest łatwo dostępna, bo znajduje się przy drodze E10. Rozległa, piaszczysta. Podobno ulubiona przez surferów.
Pogoda nie sprzyjała, to nikogo nie było.
Następnie zatrzymujemy się na Ramberg. Najpierw na plaży a potem gdzieś dalej po drodze.
Po przejechaniu bliźniaczych mostów Fredvangbruene docieramy do malutkiej wioski Fredvang.
W okolicach zaczynają się trasy trekkingowe na Ryten i Kalvika Beach.
My też chcieliśmy iść na plażę. Jak znaleźliśmy parking, to nawigacja pokazała nam 53 minuty marszu (w jedną drogę) a byliśmy umówieni w hotelu. Odpuściliśmy.
Plażę zobaczymy ostatniego dnia z Ryten.
Jedziemy do Hamnøy. Malutkiej wioski rybackiej. Naszej bazy wypadowej (Reinefjorden Sjøhus).
To zdjęcie, które znajdziecie w każdym folderze z Lofotów, jest zrobione właśnie tutaj … z mostu. Tak, z mostu.
Czerwone Rorbu, czyli tymczasowe (wykorzystywane podczas połowów dorszy) chaty rybackie, na tle gór. Dzisiaj większość z nich jest przekształcone w domki do wynajęcia.
Jak dojechaliśmy, to wyszło słońce. Szybko zostawiliśmy graty i poszliśmy na zdjęcia. I dobrze, bo drugiej takiej okazji nie mieliśmy.
Dzień 4
Budzimy się rano i świeci słońce, choć zapowiadali deszcz.
Szybkie śniadanie i zbieramy się do Reine. Jak będzie przyzwoicie, to wchodzimy na Reinebringen.
Parkujemy na parkingu w mieście (jeszcze o nim będzie). Drogowskaz pokazuje 2 km, w tym 1,1 km po schodach w górę.
Nam zajęło to godzinę i 20 min.
Jak to ja. Górki to mój żywioł. W ogóle nie zarejestrowałam, że tam są same schody.
Po powrocie doczytałam, że te stopnie układali Szerpowie z Nepalu. To ja mam pytanie, czy oni dostali wytyczne, że przeciętny wzrost człowieka na tym padole to 2 metry?
Te schody czasami były takiej wielkości, że musiałam się zastanowić jak wejść. I to nie te na samym dole tylko jak już człowiek ma jęzor prawie do pępka.
Oczywiście były też osoby, które je pokonywały z gracją rączej sarenki ale te mogłabym policzyć na palcach jednej ręki.
Pierwszy raz zaczęłam marudzić, myślę w 1/3 drogi. M puścił mimo uszów moje „ja nie dam rady”.
Pewnie dlatego, że zaczął siąpić deszcz i założył kaptur. <Foch>.
Dobra, jeszcze zobaczymy, komu to się bardziej opłaci. Ja też będę głucha na jego narzekania … kiedyś.
Później już tylko przeklinałam ten pomysł (wejścia), w myślach. Między łapaniem oddechu a spoglądaniem w górę/w dół.
Jak znalazłam się na górze i zobaczyłam to, co miałam zobaczyć, to jakbym miała pamięć złotej rybki 😆 Wszystkie trudy poszły w niepamięć.
Zmęczenie, jakie zmęczenie. W ogóle nie chciało mi się pić a nogi dostały jakiegoś wigoru.
Jak schodziliśmy, to już rozpadało się na dobre. Na dole, pierwszy raz nogi odmówiły mi posłuszeństwa (dziwne uczucie) a zakwasy mnie trzymały z tydzień.
W każdym razie, gdy wchodziliśmy na Ryten, miały się dobrze 😆
Wracamy do hotelu a jak się przejaśnia (ok. 17) idziemy na obiad do Sakrisøya, do polecanego Anita’s Seafood. Od nas to 1,5 km i trzy mosty dalej 😛 Wróciliśmy wieczorem (ok. 20).
Sakrisøya to wioska malowniczo położona, na tle fjordu, charakteryzuje się żółtymi domkami. Przy Anita’s Seafood, parking do 30 min jest bezpłatny.
Wracaliśmy tam na jedzenie każdego dnia. Było klimatycznie i smacznie 😀
Dzień 5
Jak tylko zajechaliśmy do Å, to się rozpadało. Jak dzień kończyliśmy w Reine, to się nic nie zmieniło 🙁
Cały dzień niestrudzenie szukaliśmy słońca ale po kolei.
Å to jedna z najstarszych osad rybackich na Lofotach. Ostatnia litera norweskiego alfabetu i ostatnie miasteczko na Lofotach.
Parking jest na samym końcu drogi E10. Jest darmowy i duży. Jednak do zwiedzania za dużo tutaj nie ma.
Znajduje się tutaj Muzeum Wioski Rybackiej Fiskeværsmuseum.
Wstępujemy do piekarni, po bułeczki cynamonowe, wypiekane według starej lofockiej receptury ale jakoś wrażenia na nas nie robią.
Jeśli pogoda dopisze, można wejść na szlak i zobaczyć dolinę Ågvatnet, czy też przejść się wokół jeziora.
Całą drogę powrotną pada. W Reine nic się nie zmieniło. Patrzymy na prognozy. Wychodzi nam, że czas na kawę 😀
Jak zaczęło się przejaśniać, trzeba by się ruszyć 🙂
Pojechaliśmy do Ramberg, ale jakiejś rewelacji w pogodzie nie było.
Na powrocie obiad w „naszej” knajpie 🙂
Jedziemy do Reine. Jest najczęściej odwiedzanym i fotografowanym miejscem na Lofotach. Wioska rybacka na tle strzelistych gór.
Rzeczywiście uroku nie można jej odmówić. Wszystkie zdjęcia, na całą wioskę, robione są z mostu lub okolic.
Kiedyś był tam parking. Teraz są bloki z cementu i kładka dla pieszych.
Pokręcimy się i zatankujemy. W sumie byliśmy tutaj 4 razy i ani razu słońca 😳
Na stacji przeżyłam chwilę grozy. Na karcie miałam 2000 NOK. Po zatankowaniu widzę, że wszystko zabrali. Na szczęście, za chwilę transakcja się rozliczyła i pieniądze wróciły.
Jeśli jedziemy od Sakrisøya, to zaraz przed mostem jest parking, na którym można zostawić auto, jeśli jest wolne miejsce i wejść na Reinebringen. W mieście jest płatny parking, który jest drogi ale jest też blisko (na powrocie to ma znaczenie ). Są kamery, monitorują, kiedy wjedziesz. Płaci się przy wyjeździe. Nas skasowało 270 kr za ok. 3h. Przy porcie jest drugi parking, tańszy ale dalej.
Przy stacji benzynowej można zostawić auto na 30 min, bezpłatnie i tak uczyniliśmy, gdy zatankowaliśmy i przeszliśmy się po Reine.
Dzień 6
Ostatniego pełnego dnia przed odlotem, mamy w planie wejść na Ryten. Pogoda oczywiście jest, jaka jest.
Po śniadaniu podejmujemy decyzję, że jedziemy. Zobaczymy na parkingu, jak będzie. Będzie padać, to szpadamy.
Nie padało.
Parking wypakowany jak autobus do Lichenia. Ledwo znajdujemy miejsce. Płatne 100 kr w automacie na wjeździe.
Jak wyjeżdżaliśmy znalazła się pani porządkowa, która odganiała kampery.
Ciągle miałam w głowie, to co przeczytałam „szlak łagodnie pnie się w górę”. Nie wiem, ile razy ja to sobie powtórzyłam, podczas wejścia ale sporo. Na szczęście, widoki były imponujące.
Przy moich zakwasach, po Reinebringen, nie było tak łatwo, jakbym chciała. Przez chwilę nawet zaprzątałam sobie myśli zejściem. Niepotrzebnie.
Były chwile zwątpienia, przy tych wielkich kamieniach, co to M musiał mi pomagać wejść/zejść. Kilka osób nawet zawróciło.
Były chwile marudzenia. Jak zwykle M był zajęty czymś innym i nie słyszał albo od razu ripostował „ja idę dalej” 😳
Kurde, od kiedy on taki chętny w góry. Wie, że tak łatwo się nie poddam 😉
Wchodziliśmy po deszczach. Na szlaku było mokro i często błoto. Ponadto ścieżka była w remoncie (helikopter transportował kamloty) i trzeba było iść przez jakieś podmokłe łąki. Czasami to i po kostki w wodzie. Moje buty trekkingowe za kostkę wyglądały marnie na powrocie.
Wchodziliśmy ponad 2h. Całość nam zajęła 3 godziny 50 minut.
Czasami to wyglądało tak.
Jedziemy na ostatni nocleg 240 km (Lødingen Brygge), po drodze tunel w remoncie. Sprawnie poszło, bo nie czekaliśmy chyba nawet 5 min. Na miejscu jesteśmy grubo po 19.
Z samochodu obydwoje wychodzimy jak robociki. Ja to nazywam drewniane nóżki (robią, co chcą).
Jesteśmy wykończeni, śmierdzący i głodni
Na szczęście nie musimy szukać jedzenia, bo hotel jest z restaurację.
Mieliśmy po kolacji się pokręcić jeszcze przy hotelu ale daliśmy spokój.
Dzień 7
Ostatniego dnia wyszło słońce 😀 Po śniadaniu jedziemy na lotnisko. Bez problemu oddajemy auto i o czasie lecimy do domu.
Tak nas pożegnały Lofoty.
Nie polubię takich destynacji, gdzie pogoda rządzi. Ewidentnie nie mam do nich szczęścia.
Leave A Reply